niedziela, 13 maja 2012

27. This means war


Powiedzieć o tym filmie, że jest komedią romantyczną, to jak strzelić mu w pysk. Owszem, jest to komedia. Jest parę romantycznych momentów. Ale to jednak film o szpiegach walczących o tę samą kobietę, więc sceny walk, pościgów, wybuchów są TAAAAAKIE. Zaczyna się bez mała trzęsieniem Ziemi, a później też jest nieźle. Dwaj przyjaciele na śmierć i życie, agenci CIA, postanawiają się ustatkować. Niestety dość pechowo upatrują sobie tę samą dziewczynę na partnerkę. Postanawiają, że wygra lepszy. No i się zaczyna. Całe CIA zostaje postawione na nogi, żeby dowiedzieć się o niej wszystkiego, co może pomóc pogrążyć konkurenta. Sama wybranka świadomie umawia się z nimi jednocześnie, ale nie wie, że oni się znają. Poza tym panowie mają też prawdziwą robotę i muszą zlikwidować groźnego przestępcę. Cała historia w bardzo żwawym tempie zmierza do wiadomego finału, a po drodze jest masa świetnego kina akcji i bardzo wiele przezabawnych momentów. I wszystko dobrze się kończy :) W głównych rolach - idealni ludzie do tego scenariusza- Reese Witherspoon, Tom Hardy i Chris Pine.

26. Haywire

Totalnie rozrywkowy film: sensacja, pościgi, a w główną bohaterką jest piękna kobieta, która niemiłosiernie tłucze złych kolesi. Obsada zabójcza: w roli agentki CIA, która zostaje wrobiona w parę przykrych sytuacji- mało znana Gina Carano. Obok niej w różnym natężeniu: Michael Fassbender, Bill Paxton, Michael Douglas, Ewan McGregor i wiele innych znanych twarzy. Nawet Banderas się przewija. Przyjemny film na odstresowanie, a sceny bijatyk po prostu świetne.

25. Chronicle



Bardzo dobra historia o tym, jak się rodzi zły bohater. I znowu temat zajeżdżony w milionie produkcji, jednak tutaj pokazany bardzo świeżo, porywająco, niepokojąco. Generalnie klasyka: trzej chłopcy zostają wystawieni na wpływ jakiejś dziwnej energii, która sprawia, że nabierają mocy. Rosną w siłę, mogą kontrolować przedmioty i latać. Oczywiście wszystko jest super, aż do momentu kiedy jeden z nich (ten najmniej lubiany, wytykany palcami, samotny, z kiepską sytuacją w domu) robi postępy w zastraszającym tempie i do tego jest coraz bardziej wściekły na życie i ludzi. Całość brzmi znajomo, wiem.
Jednak co czyni ten film innym niż wszystkie to perspektywa, z jakiej historia jest pokazana. Poprzez kamerę. Główny bohater - ten najbardziej wściekły, wszystko kręci kamerą. Jeśli nie widzimy obrazu przez nią, to widzimy przez kamery przemysłowe: hotelowe, uliczne, sklepowe. Czasem przez ekran telewizora w jakimś domu. To podwójne szkło, które dzieli nas od bohaterów - TV w domu i kamera w filmie, naprawdę działa w ciekawy sposób na odbiór. Film jest dobry, mroczny, dziwny. A najbardziej straszne jest to, że pokazuje historię wielu psycholi. Tylko, że w dzisiejszych czasach zamiast super mocy mają karabin maszynowy. I jak im bardzo źle, to idą kogoś zastrzelić.
Polecam, naprawdę coś świeżego. Plus nieznani aktorzy, którzy robią wrażenie.

24. The Intouchables


Bardzo fajny, poruszający film i do tego zabawny. Historia przyjaźni bardzo bogatego, nieszczęśliwego, sparaliżowanego Paryżanina i biednego chłopaka, który jest jego rękami i nogami. Można się czepiać, że stereotypowo, że bogacz jest biały, a biedak czarny, i że temat oklepany. Jednak to nieprawda. Film w mądry i ciepły sposób pokazuje, że dla nas wszystkich ważne jest to samo: znaleźć trochę radości w życiu. Tematyka jest trudna, ale pokazana lekko, bez zadęcia, bez lania łez. Jeden facet jest sparaliżowany i choć ma masę kasy nie odwróci tego. Nie ma na nic ochoty i nic go nie bawi. I nagle zjawia się ten drugi - nieokrzesany, nie przyzwyczajony do luksusów. I traktuje swojego sparaliżowanego szefa normalnie, co samemu szefowi bardzo odpowiada. Wspólnie znajdują w tym wszystkim sens i każdy staje się przez tę relację bogatszy i mądrzejszy. Koniec filmu jest pełen nadziei i optymizmu. I jak się okazuje, to faktycznie życie pisze najlepsze scenariusze - produkcja ta jest oparta na faktach.

niedziela, 15 kwietnia 2012

Sherlock Holmes by Arthur Conan Doyle

Sherlock Holmes jest popularny odkąd pamiętam. Pamiętam czytanie książek w dzieciństwie, jakieś seriale. Najbardziej oczywiście mam w świadomości Sherlockowe szaleństwo, które dzieje się teraz. Przy okazji dwóch filmów Guy'a Ritchie- jednego bardzo dobrego i drugiego bardzo słabego. I przy okazji dwóch sezonów genialnego brytyjskiego serialu.
Postanowiłam sięgnąć po książki i zobaczyć jaki Sherlock jest naprawdę. Póki co przeczytałam bardzo uważnie i w oryginale 4 pierwsze książki autorstwa Conan Doyle'a i jestem pod totalnym wrażeniem. Sherlock narodził się w głowie autora w 1886, a rok później została wydana pierwsza książka - Study in Scarlett. Po niej The Sign of Four, The Adventures of Sherlock Holmes, The Memoirs of Sherlock Holmes. Moim zdaniem książki o Sherlocku są po polsku okrutnie niestrawne, język został w XIX wieku i bardzo rzutuje na odbiór. Wersja angielska momentami bywa "starożytna", ale melodia, składnia, to wszystko jest prawie takie jak teraz.
Niesamowita sprawa, że Doyle stworzył w tamtych czasach TAKĄ postać. Lubiącego opium dziwaka, stroniącego od przyborów toaletowych, zamkniętego w swoim świecie, traktującego ludzi z dystansem, socjopatę, świra skoncentrowanego na rozwiązywaniu zagadek. Nie dziwi mnie fascynacja reżyserów tą postacią, bo ma niesamowity potencjał. Wszystkie opisane historie pokazują niezrównany umysł Holmes'a, jego uwielbienie detali i dziwności. Taki właśnie, idealnie "wyjęty" z książki jest Sherlock z serialu BBC, a reżyser bardzo umiejętnie i z wyczuciem bawi się historiami z książki adaptując je do dzisiejszej rzeczywistości, jednak nie zmieniając przesłania, ani rozwiązań.
Póki co w literaturze zatrzymałam się właśnie tam, gdzie serial i film - na śmierci głównego bohatera. Teraz mała pauza - co za dużo, to niezdrowo. Jednak wrócę na pewno. I believe in Sherlock Holmes.

piątek, 6 kwietnia 2012

Cztery seriale

Im w kinie słabiej tym w serialach większy wybór. Okazuje się, że można zrobić wiele ciekawych rzeczy w tym formacie. Jesteśmy zachwyceni „Lutherem”, „Sherlockiem” i „Grami o tron”, to są wisienki na torcie. Jednak poza nimi są też seriale robione na lżejszą nutę, ale też ciekawe. Można się przy nich dobrze bawić, nasycić wzrok, pośmiać i pooglądać dobrych aktorów.

W kategorii wzrokowej z pewnością wygrywa „Pan Am”. Piękne stewardessy, luksusowe samoloty i tajni agenci w tle. Naprawdę warto obejrzeć, bo wszystko tam jest dopracowane w najmniejszych szczegółach. Stroje, dekoracje, makijaże... Zachwycające. Miło dla odmiany popatrzeć na czasy gdy kobiety były kobiece, a mężczyźni szarmanccy. Scenariusz kręci się wokół linii lotniczych i intryg szpiegowskich i nie jest może najwyższych lotów, ale na miłą rozrywkę nadaje się świetnie. Dotychczas powstał jeden sezon, a losy drugiego się ważą.

The Cape. Serial bardzo niszowy i z założenia skierowany do konkretnej grupy odbiorców – fanów komiksów. Wszystko tu jest przerysowane prawie do granic, bohaterowie są MEGA bohaterscy, a złoczyńcy BARDZO ŹLI. Jak się to ogląda, to jakby oglądać ruchomy komiks osadzony we współczesnym świecie. I to jest wielka zaleta tej produkcji. Totalny odlot w połączeniu z klasyczną komiksową historią – główny bohater zostaje oskarżony o popełnienie bardzo poważnego przestępstwa. Ktoś próbuje go też zabić, co się nie udaje, jednak on wykorzystuje okazję i „umiera”, dla świata, aby odrodzić się właśnie jako tytułowy The Cape i walczyć ze złem. Boskie:) Trzeba do tej historii podejść na totalnym luzie i z przymrużeniem oka, wtedy można się naprawdę dobrze bawić. Niestety, nakręcono tylko jeden sezon i więcej nie będzie.

Lilyhammer. Norwesko-amerykańska produkcja. Świetna historia amerykańskiego mafioso, który „sprzedaje” swojego szefa policji i w związku z tym musi zostać objęty programem ochrony świadków. Na miejsce do rozpoczęcia nowego życia wybiera Lillehammer (błąd w tytule jest celowy, to po prostu jego wersja nazwy). Zabawne jest zderzenie dwóch światów: człowieka temperamentnego, przyzwyczajonego do kasy i wystawnego życia ze spokojną, wiejską społecznością. Mafioso robi tam prawdziwą rewolucję, zaskarbia sobie na różne sposoby sympatię ludzi i szturmem podbija miasteczko. Rewelacyjny jest aktor w głównej roli - Steven Van Zandt (znany fanom „Rodziny Soprano” i Bruce'a Springsteen'a, w którego zespole gra na gitarze). Póki co powstała jedna seria.

Episodes. Pamiętacie „Przyjaciół” i Joey'a? Główną rolę w Episodes gra właśnie Matt LeBlanc, jednak jest to totalnie inna postać. Serial jest genialny i jego urok też polega na zderzeniu dwóch światów: tym razem amerykańskiego i brytyjskiego. Punktem wyjścia jest impreza – wręczenie nagród za najlepsze brytyjskie seriale. Po raz kolejny wygrywa małżeństwo scenarzystów, które napisało serial o ekskluzywnej szkole z internatem. Zagaduje ich amerykański producent, zaprasza do LA, do pięknej willi i prosi o zaadaptowanie scenariusza na amerykański rynek. I od tego momentu zaczyna się koszmar i cała zabawa. Cudnie pokazana jest brytyjska powściągliwość, amerykańska prostota i zgrzyty z tego wynikające. A wspomniany LeBlanc przeuroczy. Druga seria wkrótce.



16.-23. Różności obejrzane ostatnio

Jesteśmy głęboko rozczarowani filmami, które ostatnio oglądaliśmy, dlatego tak trudno je recenzować. Nazbierało się tego wszystkiego osiem sztuk. Siedem na zdjęciach.

Żelazna Dama. O tym dziele już chyba wszystko zostało napisane. Meryl Streep dostała Oscara, brawo. Film jednak tylko ślizga się po temacie. Thatcher była wyjątkową postacią, i nie dane było widzowi zgłębić jej osobowości ani do końca tego, co ją ukształtowało. Szkoda. Streep rewelacyjna, ale film taki sobie. Przereklamowany.

Kret. Polski film, o zwyczajnej rodzinie, mieszkającej w zwyczajnym mieście i prowadzącej zwyczajne życie. Tematem przewodnim jest historia ojca, który zostaje na łamach gazet oskarżony o współpracę z SB w ważnej sprawie. Wypiera się tej współpracy, ale atmosfera wokół niego jest nie do zniesienia. Wpływa to też negatywnie na jego dorosłego syna, trochę na jego związek. Relacje w tej rodzinie nie są bardzo proste. A sama historia też ma drugie dno. Film jest przygnębiająco realistyczny i pokazuje Polskę taką, jaka jest – brudną, smutną, żmudną. Zakończenie zaskakujące, ale od czapki trochę. Mimo wszystko warto obejrzeć, ale można doła zapałać.

Underworld Awakening. Żenujące ponad godzinne próby zebrania do kupy jakichś idiotycznych wampirzych historii. Trudno to nazwać filmem. Przydługa reklama, tylko nie wiadomo czego.

Ghost Rider 2. Po 20 minutach został odłączony. Poziom absurdu i kiepskich dialogów przekroczył wielokrotnie dopuszczalne limity.

Listy do M. Ten film jest ładny, przyjemny, nic nie udaje i nie jest durny. Pozytywne zaskoczenie.Tylko mało zabawny. Do „Love actually” sporo mu brakuje, ale nie jest źle.

Igrzyska Śmierci. Początek świetny, naprawdę ciekawy, mocny i trzymający w napięciu wstęp. Jest potencjał. Do momentu w którym zaczynają się tytułowe Igrzyska. Wtedy zaczyna być żenująco, amerykańsko, słabo i dłużyzny. Za co ten film zbiera tak entuzjastyczne recenzje trudno stwierdzić.

Najlepsze z tego wszystkiego były Listy do M. i Żelazna Dama, na swój sposób i w swojej kategorii. Żaden jednak z wyżej wymienionych nie miał całego pakietu, czegoś brakowało, a większość była po prostu słaba. Sytuację uratowały dwa filmy w teorii dla dzieci.

Przygody Tin Tina. Epicko zrealizowana historia przygód młodego detektywa i jego psa. Wciągający scenariusz, świetna animacja, dobra muzyka, wartka historia. Do tego dobro zwycięża i jest zabawnie. Te animowane postaci mają w sobie więcej życia niż wszystkie z filmów dla widzów dorosłych.

The Cat Returns. Uroczy film rysunkowy studia odpowiedzialnego za stworzenie Totoro. Główną bohaterką jest dziewczyna, która w wyniku dziwnego zbiegu okoliczności staje się obiektem zainteresowania kociego królestwa i zostaje tam porwana. Historia jest oczywiście niewinna i urocza, niesie ze sobą uniwersalne prawdy, jest przepięknie narysowana. Nie ma opcji żeby później nie było człowiekowi błogo i miło.